Nie wiem, czy też masz czasem tak, że przeglądasz Instagrama i nagle… zaczynasz się źle czuć ze swoją kawą, skórą, tatuażami, a nawet z tym, jak siedzisz? Bo przecież inni mają idealne flat lay’e, idealne włosy, idealne życie. I idealne tatuaże, oczywiście! No właśnie — to, co widzimy online, to tylko jedna, często mocno odfiltrowana wersja rzeczywistości. A my, zamiast inspirować się, zaczynamy się porównywać. I tu właśnie leży sedno tematu: jak media społecznościowe wpływają na nasze postrzeganie siebie?
Instagramowy filtr na życie
Kiedyś, żeby zobaczyć, jak wyglądają inni, trzeba było po prostu spotkać się z nimi w realu. Teraz wystarczy kilka kliknięć i już wiesz, że znajoma z liceum ma minimalistyczny tatuaż w idealnym miejscu, nowy aparat na zęby (też stylowy!) i właśnie pije matchę w Bali. I nie ma w tym nic złego — dopóki pamiętamy, że to tylko fragment, a nie cała historia.
Wiele z nas (ja też się przyznaję!) łapie się na tym, że porównuje swoje odbicie w lustrze do wersji kogoś innego po filtrze Valencia. “Dlaczego moja skóra nie wygląda tak gładko?”, “Moje kolory tatuaży są jakby bardziej wyblakłe?” — brzmi znajomo? Instagram potrafi być świetnym miejscem inspiracji, ale równie łatwo może namieszać w głowie.
Selfie, filtry i… niekończące się poprawki
Pamiętam moje pierwsze selfie po świeżym tatuażu — serio, wyglądało jak arcydzieło. Dopiero po paru dniach, gdy ból i opuchlizna ustąpiły, zobaczyłam, że rzeczywistość jest trochę mniej “perfekcyjna”. I wiesz co? To było o wiele bardziej prawdziwe. Bo tatuaże, jak i my same, mają swoje gorsze dni — czasem błyszczą, czasem się łuszczą, a czasem po prostu są.
Media społecznościowe jednak lubią ten połysk. Lubią perfekcję, albo przynajmniej jej pozory. Pół biedy, kiedy to tylko kwestia filtra — gorzej, gdy zaczynamy wierzyć, że “ładne = szczęśliwe”. A to już mocno zniekształca nasz obraz siebie.
Jak to działa na naszą samoocenę?
Każda z nas zna to uczucie: oglądasz swój profil i myślisz, że mogłoby być lepiej. “Może więcej zdjęć z podróży?” albo “Muszę w końcu wrzucić coś artystycznego”. I tak zamiast żyć, zaczynamy projektować swoje życie. To pułapka, w którą wpada się niepostrzeżenie. Mózg zaczyna porównywać — a skoro porównuje, zawsze znajdzie kogoś “lepszego”.
Im więcej czasu spędzamy na przeglądaniu “idealnych” kont, tym trudniej jest zaakceptować swoje niedoskonałości. A przecież to one nas definiują – tak samo jak różne kształty, kolory, czy znaczenia naszych tatuaży.
Rzeczywistość zza kadru
Nie wiem, czy też tak masz, ale mnie zawsze ciekawi “co było 5 sekund po nagraniu story”. Ten moment, kiedy ktoś odkłada telefon, zestawia idealny kadr z bałaganem za aparatem. Bo prawda jest taka: każdy ma swój “backstage”. Nawet te najbardziej dopracowane influencerki czasem mają zły dzień, rozmazany eyeliner i tatuaż, który akurat się złuszcza.
I wiesz co? To jest piękne. Bo za tymi zdjęciami są prawdziwe emocje, prawdziwe ciała i prawdziwe historie. Instagram pokazuje scenariusz filmu, a życie to cały making-of. A making-of jest dużo ciekawszy.
Historia filtrów – mała dygresja
Kiedy pojawiły się pierwsze aplikacje fotograficzne z filtrami, idea była prosta — poprawić kontrast, nadać zdjęciu klimat. Ale z czasem ta “estetyka” przejęła kontrolę. Nagle nie wystarczyło, że zdjęcie było ładne. Musiało być spójne wizualnie, dopasowane do feedu, zgodne z trendami. I tak zaczęliśmy “filtrami” poprawiać nie tylko zdjęcia, ale i siebie. Tyle że filtry nie mają mocy poprawiania samooceny, niestety.
Jak odzyskać zdrowy dystans
Nie chodzi o to, żeby wyrzucić telefon przez okno (choć może czasem by się przydało). Chodzi raczej o to, żeby przypomnieć sobie, że Instagram to narzędzie, nie miara wartości. Można go używać świadomie i z radością – tak, żeby nie odbierał nam luzu, a raczej dodawał inspiracji.
Moje sposoby na “Instagram detoks”
- Nie śledzę kont, które sprawiają, że czuję się gorzej. Jeśli czyjś idealny feed powoduje u mnie wewnętrzne “meh” — out!
- Dodaję autentyczne zdjęcia. Bez filtrów, bez perfekcyjnego światła. Czasem z tatuażem w fazie gojenia – bo taki też jest jego urok!
- Przypominam sobie o realu. Spotkania z ludźmi, rozmowy bez telefonu na stole — serio, działa cuda dla głowy.
- Daję sobie prawo do pauzy. Nie muszę wrzucać nowego posta co dwa dni. Czasem cisza też jest w porządku.
Media społecznościowe a tatuaże: idealne, czy prawdziwe?
Nie sposób uciec od tego tematu — Instagram i tatuaże to duet doskonały. Kolor, kompozycja, symetria — wszystko wygląda pięknie w sieci. Ale tatuaż to nie tylko estetyka. To ból, pielęgnacja, proces. Czasem zaskoczenie po pierwszym dniu. Czasem plama atramentu tam, gdzie miała być kreska. Ale właśnie ta nieidealność sprawia, że jest nasz, osobisty, prawdziwy.
Warto o tym pamiętać, gdy patrzymy na superdopieszczone zdjęcia tatuaży. Bo większość z nich widziała Photoshopa, światło studyjne albo co najmniej dwa filtry. Twoja skóra to nie płótno w Photoshopie – jest żywa, oddycha, zmienia się. I to jest piękne.
Autoakceptacja w epoce filtrów
Największy paradoks dzisiejszych czasów? Mówienie o “body positive” przy jednoczesnym retuszowaniu wszystkiego, co się da. Ale widzę też zmianę — coraz więcej kont pokazuje naturalność, niedoskonałości, procesy. Kobiety dzielą się tatuażami z blizn, z przebarwień, z historii swoich ciał. To są prawdziwe historie siły, nie estetyki.
Mam wrażenie, że właśnie w tym kierunku zmierzamy — do większej szczerości. I bardzo kibicuję temu trendowi. Bo jeśli internet może nas porównywać, to może też uczyć empatii i akceptacji.
Bo w końcu: kto ustala, co jest “idealne”?
To pytanie, które warto sobie zadać. Czy naprawdę potrzebujemy zgody innych, żeby uznać siebie za wystarczająco dobre? Przecież nasze ciało, nasze tatuaże, nasze wybory — to wszystko jest historią, którą tworzymy my same. Instagram może być tylko dodatkiem, nie reżyserem.
Zakończenie: wybieraj prawdziwe kadry
Instagram to narzędzie. Czasem genialne, czasem zdradliwe. Ale to od nas zależy, jak będziemy go używać. Możemy traktować go jak gablotkę perfekcji albo jak dziennik inspiracji i ekspresji. Możemy porównywać się albo celebrować autentyczność. I wiesz co? To drugie daje zdecydowanie więcej spokoju — i mniej kompleksów.
Więc następnym razem, gdy złapiesz się na myśleniu “jej tatuaż wygląda lepiej niż mój”, weź oddech i przypomnij sobie: filtry znikną, ale prawdziwość zostaje. I to właśnie jest największy powód, by być sobą — nawet (a może zwłaszcza) w epoce Instagrama.
Najczęściej zadawane pytania
- Czy Instagram naprawdę wpływa na nasze poczucie własnej wartości?
Tak, zwłaszcza gdy nieświadomie porównujemy się do idealnych obrazków. Świadomość tego to pierwszy krok do dystansu. - Jak unikać porównywania się do innych w mediach społecznościowych?
Warto śledzić konta, które inspirują, a nie przytłaczają. I pamiętać, że każdy pokazuje tylko wycinek swojego życia. - Czy warto usuwać filtry?
Nie musisz rezygnować z filtrów całkowicie, ale dobrze wiedzieć, że one mają wpływ na to, jak postrzegamy siebie i innych. - Jak tatuaże wyglądają naprawdę, bez filtrów?
Różnie! Skóra, światło i etap gojenia mają ogromne znaczenie — i to jest całkowicie normalne. - Czy można być sobą w mediach społecznościowych?
Oczywiście. Autentyczność jest coraz bardziej doceniana, bo ludzie mają już dość perfekcyjnych kadrów. - Jak odzyskać zdrowy dystans do Instagrama?
Zrób przerwę, ogranicz czas online, baw się formą i pamiętaj, że życie dzieje się poza ekranem. - Czy tatuaże mogą pomóc w akceptacji swojego ciała?
Tak! Dla wielu kobiet są symbolem siły, odwagi i sposobem na odzyskanie kontroli nad ciałem. - Co z kontami, które promują “realność”?
Świetna sprawa – pomagają nam zobaczyć, że prawdziwość też jest piękna. Warto je wspierać. - Czy bycie offline ma sens?
Jak najbardziej. Kilka dni bez social mediów potrafi zresetować perspektywę i przypomnieć, co naprawdę ważne. - Jak łączyć pasję do tatuaży z social mediami, nie popadając w perfekcjonizm?
Pokaż proces, nie tylko efekt. Tatuaż to historia, a nie zdjęcie — i to czyni go wyjątkowym.

